piątek, 21 czerwca 2013

before midnght

Kiedy zapalają światła siedzę wbita w fotel, mimo, że zwykle jestem na to zbyt pragmatyczna. Zdarzają się jednak filmy, tak prawdziwe, że aż boli. Bo czego można się spodziewać po romantycznym aż do bólu Before sunset? 

Można spodziewać się cudownej miłości, która jest w stanie przetrwać wszystko. A jednak nie. Bo kiedy w tej całej miłości pojawia się codzienność łatwiej zrezygnować. Zostawić problemy i wzajemne żale. Odejść i czekać na coś lepszego. Na inną miłość. 

Słowa wypowiadane przez bohaterów filmy bolą. Pokazują jak to jest. Tak naprawdę. Zakochać się i wspólnie iść przez życie. Bez patosu. Za to z konsekwencjami podjętej decyzji. 

Bo co jeśli już nie ma się siły? Czy w stosownym momencie ta druga osoba będzie miała jej na tyle dużo, by jeszcze raz zawalczyć? 

19 komentarzy:

  1. Boję się, ze w tym filmie odnajdę zbyt wiele siebie i Jego... On odszedł. Poddał się. Nie walczył. Znalazł inną miłość, a mimo tego ciągle wraca... kieruje ręce w moją stronę... chyba jednak trochę mu brak i mnie i tamtych chwil i żal, że tak łatwo się poddał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może się zdarzyć. To odnajdywanie samego siebie.

      Czasem już po prostu nie można. Zostać, odejść lub się uwolnić.

      Usuń
    2. Niestety, na necie nie ma pierwszej części tej trylogii. A że nie oglądałam żadnej to muszę i chcę nadrobić dwie pierwsze, aby zrozumieć sens trzeciej. Oj... czuję, że łzy będą się lały.

      Usuń
    3. Niekoniecznie.
      W każdej części chodzi o rozmowę.

      A łzy? Nie. Też nie.
      To nie ten rodzaj filmu.

      Usuń
    4. uff... to dobrze.
      obejrzeć należy.
      czuję to...
      dziękuję.

      Usuń
    5. Sunshine - na Allegro, za cenę niższą, niż kosztuje dobry obiad w knajpie można kupić pierwszą i drugą część.

      Usuń
  2. Oglądałam dwie poprzednie części i bardzo mi się podobały. A ta trzecia ze zwiastunów (bo filmu jeszcze nie widziałam) bardzo mi przypomina "Dwa dni w Paryżu" (też z J. Delpy w roli głównej i w jej reżyserii). Oglądałaś może? Też dużo w nim rozmów prowadzonych w podobnym tonie i ratowania dogasającego już związku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dwa dni w Paryżu" mnie oczarowały. Podobnie jak "Dwa dni w Nowym Jorku".

      Usuń
    2. A mnie "Dwa dni w Nowym Jorku" jakoś mniej przypadły do gustu. Delpy za bardzo obniżyła loty, a humor chwilami nie bardzo mnie śmieszył.

      Usuń
  3. Jutro miną 4 lata odkąd ja się poddałam. Poddanie nie traktuję jednak jako porażki, lecz jako szansę, poddanie się uczuciu, którego jestem pewna, jak jeszcze nigdy, niczego.

    OdpowiedzUsuń
  4. niestety w tej codzienności, w ostatnich czasach coraz częściej ludzie po prostu rezygnują, odpuszczają, zostawiają i idą w poszukiwaniu lepszego.. tylko, zawsze lepiej tam gdzie nas nie ma - teoretycznie, a w praktyce okazuje się zupełnie inaczej...

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie jestem na świeżo "po". Rosłam z każdą częścią i po drugiej byłam rozczarowana, ale ta...równie rewelacyjna jak pierwsza! Mocno poruszyła, mocno prawdziwa i cieszę się, że właśnie taka i właśnie tak sie skończyła :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja napisze tyle – walczymy. Upadamy a potem wstajemy i walczymy. I coraz bardziej brakuje mi sił. I on wie, że dużo mnie to kosztuje, że to był jego potworny błąd, że to raczej ja muszę wybaczyć? Czy odwrotnie, nie czuje się winny, czuje że fajnie zabawił się ja przebaczyłam, bo przecież dom, dzieci i codzienność jest taaaka nużąca? Minie czas i jak mówią pożyjemy zobaczymy. Ciężko nam się ten film oglądało, ale w naszej sytuacji było warto.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej świetny blog :) zapraszam do mnie można obserwować :)

    http://alex-faashion.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. jestem zwolenniczką teorii, że czasami lepiej odejść i zobaczyć, co wydarzy się kiedy właśnie powiemy choć na chwilę "stop".

    OdpowiedzUsuń